Autrefois

2004:
11, 12

2005:
1, 2, 3, 4, 5, 6,
7, 8, 9, 10, 11, 12

2006:
1, 2, 3, 4, 5, 6,
7, 8, 9, 10, 11, 12

2007:
1, 2, 3, 4, 5, 6,
7, 8, 9, 10, 11, 12

2008:
1

23 stycznia 2008

Poziom ostatniego wpisu jest żenująco niski, to chyba widać. Drugim powodem faktu, iż chwilowo zawieszam działalność blogową jest przeprowadzka w inne, ładniejsze miejsce, na którą czekam z utęsknieniem. Może mi wróci rozum, kiedy zawitam wśród takich, co ten rozum mają. Zainteresowanym w odpowiednim momencie dam znać o nowym adresie.

[8]


17 stycznia 2008

Coraz ciężej jest pisać, kiedy zbyt wiele się dzieje, ale to nic odkrywczego. Tym bardziej, kiedy dzieje się źle, bo i tak bywa, chociaż przecież nie zawsze i nie cały czas. Mój wrodzony optymizm karze mi przyznać, że zawsze w końcu jest dobrze, co by się nie działo, ale nie zabrania mi w tym samym czasie narzekać na wszystko dookoła, martwić sibie i innych i siać niepotrzebnej paniki. Uch, jak na siebie patrzę z zewnątrz, to okropna jestem i na miejscu innych nie lubiłabym siebie, a na swoim miejscu... nie wiem, co bym zrobiła. Póki co leczę się ze swoich wad i dobrze by było, gdyby wymyślili na to jakiś antybiotyk, ale o tym już kiedyś było. Dotychczasowa terapia wygląda na szokową, ale może tak właśnie trzeba? Może ten rozdzierający smutek, te wyrzuty sumienia za każdym razem, gdy zadaję ból, to milczenie, gdy nie wiem, co powiedzieć, gdy nie umiem przeprosić are the part of the game? Może. Póki co fragment z dziennika rozbitka (emocjonalnego?). Musi tu być, choć jest już częścią przeszłości. Przeszłości, o której muszę pamiętać, żeby uczyć się na błędach. Ot co.



15 stycznia 2008, godz. 07:07

Rano. Maskuję na twarzy ślady długiego, nocnego płaczu, paniki, bólu i głupoty. Czyli z zewnątrz jestem perfekcyjna. Tylko z zewnątrz. Równowaga musi być. Długimi pociągnięciami maluję rzęsy i myślę, ile jestem warta, i ile warta jest moja miłość, bo wygląda na to, że bessa i moje notowania spadły. Użalam się nad sobą, w tym jestem świetna. Kroję cytrynę. Nie, dziś nie zasłużyłam, żebyś wyjął mi z niej pestki. Przystanek. Słucham Arethy Franklin (tej), chociaż nie umiem się modlić.
Tu urwałam. I nie chcę do tego wracać. Nigdy.

[2]


4 stycznia 2008

Chciałam się bawić w dom, to mam za swoje. Bo jeśli cały rok ma być taki jak ostatnie dni starego, a nawet i pierwszy nowego, to będę sprzątać, nastawiać pranie i takie tam. Uch, uch. No ale nie to jest najgorsze. Bo najgorsze, moi mili, jest to, że mi się to podoba. I mogę być kurą domową, chociaż nie na cały etat, ani nawet na pół, tylko na umowę zlecenie. Gorzej będzie, jak się okaże, że jestem na przykład na kurz uczulona (na coś być muszę, skoro kaszlę niezmiennie od dwóch miesięcy), bo wtedy to się już do niczego nie nadam, jako że nie umiem gotować, no chyba, że się nauczę. O, przepraszam, kible mogę sprzątać całe życie, w tym jestem bezbłędna i niczym mi to nie grozi (chyba). To tak w temacie Sylwestra. A jak za mało o Sylwestrze, to jeszcze się zadeklaruję, że już nigdy więcej nie oddam ukradzionego materaca, tylko położę się na nim spać. I już nigdy więcej nie będę miała kaca 31 grudnia. To tak w ramach postanowień noworocznych. No, a poza tym wesoło było, wyjątkowo i oryginalnie, ale inaczej nie mogło być. Dziękuję.

[1]


Précédent

Vous
Pisz

Eux

Jakub

Annuszka
Dominik
Joanna
Karolina
Kasia
Klaudia
Marta

Projekt mój
Grafika stąd