Autrefois

2004:
11, 12

2005:
1, 2, 3, 4, 5, 6,
7, 8, 9, 10, 11, 12

2006:
1, 2, 3, 4, 5, 6,
7, 8, 9, 10, 11, 12

2007:
1, 2, 3, 4, 5, 6,
7, 8, 9, 10, 11, 12

2008:
1

3 listopada 2004

Może jeżeli to napiszę, to przestanę się sama nakręcać i tak bardzo się bać...
Trzy dni temu znowu był jakiś cholerny zamach w Izraelu. Oczywiście, jak zwykle w takich przypadkach, zaraz do niego napisałam, żeby sie upewnić, czy wszystko w porządku. Do dzisiaj nie dostałam odpowiedzi! Ta niepewność, połączona z okropną tęsknotą, to najgorsze uczucie na świecie. Czekam na znak, telefon, maila, cokolwiek, ale jak na złość - to pierwsze zawzięcie milczy, a drugie za nic w świecie nie chce pokazać masz jedną nieodebraną wiadomość. Dzień i noc mam włączony komputer pod byle pretekstem, co chwila spoglądam na komórkę i chce mi się wyć do księżyca.
Bo nawet jeżeli miałam taki okres przelotnego wrażenia, że zapominam, co do niego czułam, to teraz pamiętam i czuję ze zdwojoną siłą! Boże, jakie to niesprawiedliwe, że żeby cos docenić, musi nam tego brakować tak bardzo, bardzo mocno. Nie chciałam tego, a samo przyszło... i teraz wiem, że choć tak bardzo broniłam się przed tym, to jego dotyk, jego głos ciężko mi będzie zapomnieć, choćbym nawet sobie wmawiała, że to już koniec i nigdy więcej ich nie doznam...

[0]


4 listopada 2004

Dziś jadąc autobusem, zauważyłam, że wróbelki, które generalnie żyją stadnie, przemieszczają się takimi zrywami, podlatują kawałek, siadają, znowu podlatują. I zrodziły mi się trzy pytania, a mianowicie: po pierwsze, w jakim celu to robią? Po drugie, skąd u nich taki idealny synchron? Po trzecie, czy to któryś z nich to inicjuje, jakiś przewodnik stada, czy tak same z siebie, np. liczą do dziesięciu i podlatują?

[0]


5 listopada 2004

Nienawidzę jesieni, a najbardziej tej, która właśnie przyszła. Deszcz za oknem leje się jak łzy histerycznego płaczu przed klasówką z fizyki. Wszystko, co piękne, już minęło. Kolorowe liście już dawno spadły z drzew i teraz walają się w błocku między moimi stopami. Kasztanów też już nie ma, a ludziki zrobione przez dzieci uschły, rozpadły się i zostały po cichu wyrzucone do śmieci przez znudzone mamy. O ślicznej, czerwonej jarzębinie mogę tylko pomarzyć, tak samo, jak o grzejącym słońcu. Dlaczego tak musi być? Przeczekuję z niecierpliwością 9 miesięcy pory zimnej, docieram wreszcie do 3 miesięcznej pory w miare ciepłej i zanim zdążę sie wygrzać i naładować pozytywną energią, znowu moknę, marznę i jestem zmęczona, tak jak dziś. Proszę, niech stanie się cud i zaświeci słońce. Jeżeli nie za oknem, to chociaż w mojej duszy...
I tylko jedno wspomnienie deszczu przyprawia mnie o dreszcze - jego pocałunki i smutek pożegnania... w sierpniowej ulewie.

Dokąd nas zaprowadzisz, Panie
Bez bagażu i bólu głowy
I gdy nic nam na drodze nie stanie
Czy będziemy mogli zacząć na nowo

Bo wiesz, u nas nie zawsze jest słońce
Choć przed deszczem nas chroni parasol
Czasem jednak przemoczy nam serca
Inny deszcz, co spływa po twarzy


Jacek Kaczmarski

[0]


6 listopada 2004

Nieważne, że byłam na nudnym, jak flaki z olejem i opatrzonym beznadziejną muzyką chińskim filmie, zamiast iść na kursy, za które płacę niemałą sumę. Nieważne, że jest zimno, leje, a tłustym, oślizgłym dżdżownicom zalewa kanały i wyłażą na chodnik powodując moje obrzydzenie. Nieważne, że ciśnienie, które masakrycznie zjechało w połączeniu z chińskim filmem spowodowały moją niesamowitą senność i nawet kawa nie pomogła. Nieważne! Bo on napisał i tak mi lekko na duszy, jak już dawno nie było. To urocze Hey, sweety w nagłówku sprawia, że cała napełniam się pozytywną energią i znowu chce mi się żyć. Jest dobrze! Wszystkie nieuzasadnione lęki minęły, słońce zaświeciło i chce się krzyczeć... tym razem z radości. Bo pisze, że tęskni, że przyjedzie, że uściśnie mnie wtedy tak, jak jeszcze nikt. I prosto do serca spływa taka niesamowita błogość, spokój, pewność dobrego jutra. Zaczynam pleść. Ale właśnie tak się czuję! Zaraz zacznę latać

[0]


12 listopada 2004

Byłam na pięknym filmie Powrót do Garden State. Wszystkim polecam, póki jeszcze jest w kinach, bo zostaje w głowie i sercu. Oglądałam, płakałam, myślałam: Musiał odjechać, a jednak został. Dlaczego to nie mi się to przytrafiło? Dlaczego to ja muszę być tą, co tęskni, jest daleko i, chociaż nie chce, powoli zapomina? Czasami wydaje mi się, że moje życie to film. Gorzej z określeniem jego gatunku.

[0]


13 listopada 2004

Konstanty Ildefons Gałczyński Dwaj maturzyści

Gdy księżyc stęchłym "Sidolem"
złe miejskie niebo wyczyści,
wychodzą na głupi spacer
dwaj maturzyści.

Postacie prawie bliźniacze,
jak wałek podobny do wałka,
przystając, jeden zapłacze,
a drugi załka:

Bo cóż, że skończyli szkoły,
cóż, że w kieszeniach matury?
Jeden z nich niewesoły,
drugi ponury.

Dzień cały stukali-pukali -
niestety: wszystko zajęte...
Żebyż chociaż zostać kelnerem
lub konfidentem!

Nazajutrz, kiedy się ściemni,
bez celu znów i korzyści
w noc ciemną wyjdą jak cienie
dwaj maturzyści.


Poeta napisał to w 1935 roku, ale sami powiedzcie, czy cokolwiek się zmieniło? I nas to czeka, w optymistycznej wersji...

[0]


18 listopada 2004

Myślałam, że będzie gorzej, że bardziej to przeżyję, że będę miała gorsze wyrzuty sumienia, że jakkolwiek mnie to poruszy. Ale nie. Przestałam tęsknić. Już nic nie czuję. Patrzę na zdjęcie, na którym obejmuje mnie obcy człowiek, piękne wspomnienie, jak za mgłą. Tylko wspomnienie. Takie nierealne. Wydaje mi się, że to sen. Szybko sie obudziłam.
Tylko, że to oznacza, że będę musiała go okłamywać. I miss you, I need you, please, hug me, I feel so lonely. Ładnie brzmi, prawda? Pasuje? Wredna suka ze mnie? Nie. Ktoś się mnie ostatnio pytał, czy dla mnie ważniejsza jest lojalność i wierność od bliskości. W tej sytuacji nie. I'm sorry. Nie mogę być emocjonalnie związana z kimś, kto nie może być przy mnie wtedy, kiedy najbardziej tego potrzebuję, kiedy potrzebne jest mi wsparcie i opieka.
I'm sorry...

Że na siłę chcę ułożyć sobie życie? Może. Ale nie chcę tak o tym myśleć. Chcę mieć nowych przyjaciół, kolegów, nie chcę żyć wspomnieniem. W moim życiu ma byc dużo światła, optymizmu i miłości. Nie chcę, żeby cokolwiek mnie załamało. Już nie.

Maestro... muzyka. Niech gra, niech się dzieje, co chce. Uwolniłam się od tego, co mnie gubiło i mąciło obraz rzeczywistości. Don't call me. It's easier to lie in writing.

[0]


20 listopada 2004

Następnym razem jadąc na kursy, żeby zjechać ze skarpy wiślanej po tym lodzie i dosunąć się do ILSu, zabieram ze sobą sanki. Chociaż myślę, że łyżwy będą odpowiedniejsze. Darmowa ślizgawka na mojej ulicy! Naturalna! Za darmo! Miło sie po niej sunie o godzinie 8 rano w sobotę do Laury.
Kursy jak zwykle mnie przymuliły i umarłabym z nudów, gdyby nie świetne towarzystwo na angielskmi. Jak zwykle. Thank you, guys. Ale i tak marzę już o weekendzie, podczas którego będę się mogła wyspać do woli i w sobotę i w niedzielę. zieeew. A w ogóle boskie będą ferie świąteczne, don't you think? Oh yeah...

---------------------

Po ciężkiej chorobie zmarł dzisiaj o 16 dziennikarz TVN, Marcin Pawłowski. Pokój jego duszy...

[1]


26 listopada 2004

Zacznę od tego, że zadzwonił. Hello, hello, it's good to hear you, ale co z tego, jak ja nie potrafię kłamać, nawet przez telefon? Jestem naprawdę zrozpaczona. Ja już nie umiem mówić, że tęsknie, że czekam, że jeszcze mam nadzieję, skoro to wszystko nieprawda, a powiem więcej: bullshit. Bo to jest teraz tak, jak bym rozmawiała z obcym człowiekiem, który nagle czegoś ode mnie chce. I z jakiej niby racji mówi mi, że it's good to hear your voice, skoro musi czuć to samo, co ja, a ja już nie pamiętam, jaką twarz mam do tego głosu dopasować? To niemożliwe, że on ciągle czuje to samo, a mi przeszło. Impossible. Ktoś tu kłamie i to nie jestem ja. A jeżeli nie kłamie, to jak powiedzieć to, co powiedzieć muszę, nie raniąc? Dlaczego to zawsze ja mam ten sam problem? Za delikatna jestem, czy jak? I don't know, baby.

***

Doszłam do ciekawego wniosku, że samotność w pewnym momencie staje się tak intensywna, że aż materialna, prawie namacalna. Teraz, jak to piszę, wydaje mi się, że to pierdoły, neanmoins, jak się wieczorem płacze w poduszkę, z miliona różnych powodów (bo zadzwonił, bo M. P. nie ma już między nami, bo jestem sama, bo niesprawiedliwe są w sumie wszystkie te fakty), to owo głupie zdanie pierdołą nie jest. Cóż, prędzej czy później każdy sie o tym przekona, albo i nie.

***

Spieszę donieść, iż pięciogodzinny maraton pt. zesraj się, a nie daj się, próbując napisać dwie wielkie prace z francuskiego w 5 godzin bez góry słowników dookoła siebie jako tako się zakończył, z mniejszym lub większym powodzeniem napisałam, co wiedziałam, możecie mnie teraz pocałować w kokardkę, chers professeurs.

Czekam na Święta. Poproszę dużo prezentów, kochany Mikołaju

[0]


Vous
Pisz

Eux

Jakub

Annuszka
Dominik
Joanna
Karolina
Kasia
Klaudia
Marta

Projekt mój
Grafika stąd