1 listopada 2005
Zebrałam bukiet z ostatnich jesiennych liści i wysłałam do nieba wiele świateł pamięci i nadziei. Błękit nieba i promienie słońca kuszą do wyjścia, głębokiego wdechu i jeszcze głębszego zamyślenia, ale ja siedzę nad pracą domową (to mają być studia?!) i nawet wysłałam rodziców z psem. Radio cicho szumi, w kuchni gotuje się zupa dyniowa, chrupię jabłko i wychodzę myślami daleko wprzód. Nie mogę się skupić na tyle, żeby wrócić na ziemię. Czekam na przyszły weekend i kino. Zobaczymy...
Przecież ja nie chcę być samotna, prawda? Ale nie będę się rzucała na każdego mężczyznę w pobliżu.
5 listopada 2005
Albo film był zbyt ambitny, albo ja jeszcze nie dorosłam, albo konkurencja w Cannes była marna. Jestem nieczuła, zimna i straszna, ale spędziłam cudowne popołudnie, bez żadnych podtekstów, z uśmiechami i patrzeniem w oczy.
A za tydzień jadę do Gdańska, zobaczyć morze i dodać swojemu życiu spontanicznego aspektu. Dziwnie to brzmi. "Spontanicznego aspektu". Z dzisiajszymi oczami, mam nadzieję.
9 listopada 2005
Słucham Stand up for love Destiny's Child i jest mi dobrze. Bolą mnie plecy po jodze, jutro mam ostre pytanie z gramatyki angielskiej, a na zewnątrz jest zimno i bez rękawiczek ani rusz, ale jestem szczęśliwa, jest mi ciepło. Wczoraj znów była kawa i odprowadzenie do domu, patrzenie i uśmiechanie się, a teraz muszę już tylko przeżyć jutro i żyć Gdańskiem, morzem i cieszyć się czystą, spontaniczną radością.
Tylko jedno mnie niepokoi: za dobrze jest. Co się wydarzy dla równowagi?
13 listopada 2005
Genre, determinants i vocabulaire leżą sobie spokojnie na moim biurku, a ja nie robię absolutnie nic. To znaczy w zasadzie robię. Chodzę po domu, piję herbatę, oglądam telewizję, czytam Madame, objadam się czekoladkami i tyję. Wbrew swojej woli, oczywiście. Oprócz tego, co wbrew mojej woli, pozostaje jeszcze to, co z premedytacją: wywołanie wakacyjnych zdjęć, kosmetyczka, solarium, nowy puder. I nowy plan w głowie, a właściwie marna namiastka tego, co jakiś czas temu sobie postanowiłam. Chcę pomóc ludziom, którzy mają mniej ode mnie, którzy mają marzenia, które ja mogę spełnić. Po przeczytaniu w grudniowej Marie Claire artykułu o dzieciach z Sokółki, w tym 12-letniej Oli, która mogłaby chodzić nawet cały czas głodna, gdyby mogła grać na keyboardzie i marzy o drewnianym flecie mam już swój cel. To cudowne - wiedzieć, że to, co mam, i czego nie używam, mogę oddać i sprawić komuś radość.
22 listopada 2005
Stało się to, czego się obawiałam - spotkałam go na ruchliwym kampusie uniwersyteckim. Szczęściem i ja i on się spieszyliśmy, ale i tak to takie dziwne, że ja tam studiuję, prawda? I strzeliłam sobie focha, a co. Dla zasady. Zdążyłam w ciągu pięciu minut, za to, że istnieje.
Zaliczyłam pierwsze kolokwium z gramatyki francuskiej i jestem z siebie dumna, tak dla równowagi psychicznej.
Ale istnieje coś, a raczej ktoś jeszcze, co przeważa szalę równowagi na stronę optymizmu. Muzeum Powstania Warszawskiego warto zobaczyć. Warto z nim, trzeba dodać. I Coffee Heaven z zapadającym się fotelem.
I tyle, o.
Uśmiech, proszę.
26 listopada 2005
Nie potrafię patrzeć na świat inaczej, jak tylko pozytywnie, dając mu wiecznie szansę na zmianę, drugą, trzecią, czwartą, dziesiątą szansę.
Po wczorajszym spacerze stwierdzam też, że moja kondycja legła w gruzach, bo po półtorej godziny okrążenia całej starówki i szeroko pojętych okolic moje nogi powiedziały "dość". I, tak całkiem z drugiej strony, nauczyłam się mówić prawdę. Nauczyłam się rozmawiać tak, jak bym chciała, z moim niegdysiejszym obiektem westchnień. Pozbyłam się głupiego paraliżu i między nami jest dobrze, bo zdrowo. Cieszę się, że ciemne wieki już minęły, chociaż (jestem w szoku) on nadal trzyma moje ciepłe smsy. Może mu kiedyś zależało? Może to jednak ma dla niego jakieś znaczenie, choćby sentymentalne? A może po prostu zapomniał usunąć? Zapomniałam zapytać. Może to już nie jest dla mnie aż takie ważne.
Patrzę na siebie sprzed roku i nie mogę uwierzyć w obraz, który mam przed oczami. Ona była bardziej naiwna i myślała (wiedziała?), że wielkie uczucie się zdarza. Nie umiała mówić prawdy, nie potrafiła jej sobą wyrazić. Ona to nie ja. Może ja, ale inna?
Zimno jest na zewnątrz, a mi w środku ciepło. Może nauczyłam się akceptować bieg zdarzeń w moim życiu takim, jaki jest?