3 lutego 2006
Ile ze mnie w innych? Zastanawiam się ostatnio czy ci, z którymi kiedyś miałam kontakt, zażyłą znajomość, przyjaźń, coś więcej, czy oni kojarzą ze mną miejsca, sytuacje, muzykę, przedmioty? Bo ja idę miastem. W tym parku z nim byłam, tu mnie gonił, tu na niego nakrzyczałam, tu z nim poważnie rozmawiałam, tu się śmiałam, tu się śmiał, tu się śmiała. Wchodzę do empiku. Jego, jej ulubiony autor, ksążka, komiks, płyta, wykonawca, zespół, muzyka. Przy tym z nim tańczyłam, przy tym się wywróciłam, przy tym z nim, z nią, z nimi baunsowałam, to leciało, jak go pierwszy raz zobaczyłam. Zakładam jakieś ubranie, maluję się. To miałam na sobie wtedy, w ten dzień, na tej imprezie, w tym byłam, jak mnie przytulał, a w tym, jak zdałam egzamin. To kupiłam w ten dzień, jeszcze zanim cokolwiek. Powiedział, że podobają mu się te cienie. Tym autobusem przyjechał, odjechał, nie wrócił, żałuję, nie żałuję. A on, ona, oni?
4 lutego 2006
Jest sobie 6 zajebistych (chociaż zabiłabym każdego faceta, który określiłby mnie tym mianem) skądinąd dziewczyn, co jedna to ładniejsza, mądrzejasza, fajniejsza, wszystkie jak jeden mąż (o ironio losu, co za męski szowinista wymyślił to określenie) same (lub, jak kto woli, samotne). Na czym polega ten fenomen? Jesteśmy za fajne. Za mądre, za ładne, zbyt zajebiste. Oni się nas boją. Za głośno się śmiejemy z takich dowcipów (chociaż każdy facet, który opowiedziałby nam taki kawał, zostałby conajmniej ofuknięty):
1. Czym się różni kobieta od lodówki? Bo do lodówki można jeszcze wsadzić jaja.
2. Ilu potrzeba męskich szowinistów do wkręcenia żarówki? Żadnego. Niech sobie suka, kurwa, zmywa naczyna po ciemku.
Zbyt pewnym okiem patrzymy na świat. O wszystkim mamy własne zdanie. A przecież nie jesteśmy feministkami.
Byle blond siksa, co jedna, to biodrówy niżej (bezpłodność murowana, ale co tam, trzeba być trendi/jezzy/czy jak to się tam teraz mówi), prowadza się ze swoim menem i nie ma problemu z rzuceniem go i znalezieniem następnego. A czego mi brakuje (no, może oprócz cycków)? Za wysoko podciągam portki? Zbyt twardo stąpam po ziemi na płaskiej podeszwie wygodnych butów? Moje spojrzenie zza bordowych oprawek okularów jest zbyt trzeźwe? Otóż myślę, że niczego. Jestem od niej lepsza, znam swoją wartość. A więc jak to jest? Z chromosomami Y nierozerwalnie związana jest głupota? Czy jesteśmy w niewłaściwym miejscu o niewłaściwej porze? Nie umiemy iść na kompromis między naszym wyobrażeniem a zastaną rzeczywistością? Nie pytajcie mnie, bo nie wiem. Nie wiem, czy się rzucać (chociaż 3 razy to zrobiłam i 3 razy bolało tak samo), czy działać wolno, czekać i ładnie się uśmiechać. Mówić, czy milczeć. Pytać, czy odpowiadać. Prosić, czy dawać.
Śmiać się, czy płakać?
6 lutego 2006
Mam niesprzyjające warunki do przechodzenia. Mój sen:
On bierze w swoje dłonie moją twarz.
Ja: I co?
On: I nic.
I idzie sobie w siną dal. W sensie dzida. Bez słowa.
A potem mi mówi, że on taki nieśmiały jest. I że to zmieni. Ja czekam.
I don't know what to say to you, but I smile anyhow.
Dido, Hunter
7 lutego 2006
Przepraszam, panu się coś pomyliło, proszę tu nie zaglądać, nie oddam tego, co mam między nogami... moja ściąga, moja własność. W końcu muszę zaliczyć wstęp do językoznawstwa. Przykro mi. Szanuj ściągę swoją, możesz mieć gorszą.
Proszę pani, pani Buko, pani się chyba pomyliła. Półtorej godziny trwa 45 minut? Ale ja jeszcze nie zdążyłam wszystkiego przepisać, bo mi pani stała nad głową. Lingwistyka XIX wieku? To dla mnie pryszcz. A raczej trochę papieru, trochę tuszu i trochę szczęścia.
To był dobry dzień, bo rano usłyszałam jego głos. Szkoda, że to nie on dzwonił. Szkoda.
A potem jeszcze jeden głos, z przeszłości, z miłości, z radości. Wisława Szymborska? I didn't know that she was translated even to hebrew - tyle o mojej ignorancji. Tam jest słońce.
10 lutego 2006
No i zaliczyłam, nawet na 5, ale wcale nie jestem z siebie dumna, skoro to była loteria fantowa. Jeszcze 3 wyniki i będę wiedziała, na czym naukowo stoję.
A póki co aplikuję sobie odwyk od szklanego ekranu. Słucham spokojnej muzyki, czytam Miłość w czasach zarazy, idę dzisiaj posłuchać jazzu, a jutro pobujać się w Harlemie. Muszę schudnąć ze 2 kilogramy, więc wyrzekam się słodyczy na jakiś czas (zobaczymy, jak długi). W tym wszystkim staram się za bardzo nie myśleć, nie analizować, bo nie dochodzę do żadnych wniosków. Tydzień ferii przede mną, więc cieszę się chwilą.
14 lutego 2006
Za oknem sypią wielkie płaty śniegu, a ja mam grzywkę i nie mogę się zdecydować, jaką chcę mieć torebkę. Tak, to zdanie jest prawie tak logiczne jak moje życie. Byłam na Ja wam pokażę i Harrym Potterze i w ogóle to dajcie mi jakiś ambitny film, bo oszaleję z nadmiaru komercji. I niech mnie ktoś poskłada, najlepiej w rozsądną całość, bo mnie już nie bawi ta rozsypanka wyrazowa.
Miałam wysłać kartkę. Nie wysłałam i chwała mi za to, bo teraz bym siedziała i żałowała, że znowu się zbłaźniłam. Miałam nie jeść czekolady, a zjadłam na śniadanie 3 jeżyki. Miałam nie siedzieć przy komputerze, a znowu tu jestem. I mogę tak ciągnąć w nieskończoność, co miałam, nie miałam, zrobiłam, nie zrobiłam, nie pomyślałam, za dużo myślałam i klops. Z kopytkami i grzybkami, od mojej babci. Niech mnie ktoś uraczy amnezją wsteczną.
16 lutego 2006
Jest czas obłapiania i czas oddalania się od obłapiania.
Nie wszyscy umieją tańczyć, ale skandalem jest, kiedy facet, który wygląda jak Logan (klik) z Gilmore Girls umie się tylko kręcić w kółko. Ja nie jestem typową klubową panienką i idę w takie miejsce raz na jakiś czas, żeby się wyszaleć na parkiecie. A ile można się kręcić w kółko, no ile?! Za pierwszym razem technicznie to nazywając, wykorzystałam sytuację i było całkiem przyjemnie, za drugim razem szkoda mi go było i stało się tak:
- Przepraszam Cię, ale chciałabym potańczyć...
- No właśnie widzę, że się bardzo nudzisz.
I już. A Roland spod Kielc brzmi prawie jak Zbyszko z Bogdańca albo Jurand ze Spychowa.
Gorąca kąpiel dobra jest po nocy pełnej wrażeń (dodatkowo czekaniu 40 minut na pierwsze metro a potem w karygodnie minusowej temperaturze wsiadaniu w każdy autobus, który przynajmniej o jeden przystanek przybliży cel podróży). I jestem poszkodowana w piszczel, tak szalałam.
19 lutego 2006
Pogubiłam się. Nie wiem, co mam robić i jak dalej postępować. Nie chcę być ani zbyt natrętna, ani oziębła, ale nie umiem wypośrodkować. I byłabym wdzięczna, gdyby chociaż raz w moim życiu nie chodziło o faceta, ale chodzi. I chociaż bardzo tego nie chcę, myśli o nim wracają do mnie bez przerwy, jak jakiś natrętny owad (mimo zimy). To jest jakieś cholerne opętanie, które już mnie zaczyna denerwować. Po raz kolejny w swoim życiu daję z siebie zrobić idiotkę, która ma za duże nadzieje. Jestem taka wściekła, że mogłabym rozsadzić wszystko dookoła, skopać, podrapać, zdemolować, nawyklinać i opluć. Niewiele mi już brakuje do wybuchu. Nie zbliżać się, bo gryzę i ta sytuacja nie skończy się dobrze, bo kiedy go w końcu zobaczę, to po prostu zabraknie mi cierpliwości i najzwyczajniej w świecie się na niego rzucę, niewykluczone, że z miną pod tytułem zerżnij mnie.
Jestem zła, zła, zła. Nie zapisałam się na bezpłatną siłownię w ramach studenckiego wuefu, bo pomyliłam noce i wszystko było juz zajęte, i znowu będę musiała płacić za jogę! A ja nie mam pieniędzy! A dodatkowo muszę przełożyć sobie zaliczenie z english vocabulary, bo jadę na narty! I przez te narty moje spotkanie z nim znowu się opóźni! I nie widziałam go już prawie 2 miesiące... Kurwa żesz, no!
Tak, musiałam sobie ponarzekać.