Autrefois

2004:
11, 12

2005:
1, 2, 3, 4, 5, 6,
7, 8, 9, 10, 11, 12

2006:
1, 2, 3, 4, 5, 6,
7, 8, 9, 10, 11, 12

2007:
1, 2, 3, 4, 5, 6,
7, 8, 9, 10, 11, 12

2008:
1

5 maja 2005

Nocny spacerek od BUWu do Placu Bankowego, jazda nocnym autobusem z dwoma kolesiami dwa na dwa nad głową (strach ma wielkie oczy), śpiewanie zaspanym, fałszującym głosem (głosami, bo w duecie z L'or) Niecierpliwych Piaska, usiłowanie przyswojenia filozofii antyku, zupa jajeczna, mecz siatkówki (kibic) przez zaspane powieki, Ghetto Gospel i Pokahontaz, Shrek po raz milionowy i kilka innych dobrych filmów.
Dziękuję za długi weekend, bo był wspaniały. Niezapomniany.

A teraz wracam do oświecenia, Tanga i romantyzmu. Jestem dobrej myśli.

Update 07. 05. 2005 godz. 18:31
Równo rok temu dwaj wspaniali, dzielni Polacy zostali bestialsko zamordowani przez żądnych krwi Irakijczyków. Długo opłakiwałam Waldemara Milewicza i Mounira Bouamrane, dziś pozostał tylko wielki smutek i żal, że piekło wojenne nie omija nawet tych najlepszych, a w obliczu śmierci wszyscy są równi.

Pokój ich duszom.[']

[0]


11 maja 2005

Etap mojego życia zatytułowany "Książę z bajki" uważam za nieoficjalnie zamknięty. Jeszcze tylko jedna rozmowa, kilka słów i wszystko będzie jasne. Ale zanim cokolwiek, to te 3 cytaty, bardzo wymowne i reprezentujące gatunek. Mój.

- Tak naprawdę- powiedziała nagle Gabrysia wciąż tym samym pękniętym głosem - tak naprawdę Janeczko, to tym właśnie koniecznie trzeba się przejmować. Tą jedną sprawą... miłością.
- Od tego ona jest, żeby się nią przejmować - zgodziła się Kreska.
- Właśnie. Czasami nawet - dodała Gabrysia - Czasami nawet... można sobie ewentualnie... troszeczkę popłakać.
- Uhm - przytaknęła Kreska.


Kreska po tylekroć obracała w myślach każdą chwilę z tych niespełna dwóch godzin, że niepostrzeżenie rzeczy zmieniły swe proporcje. Teraz nie myślała już o tym, jak wstrętnie zachował się Maciek, tylko - że się przed nim zdradziła ze swoim uczuciem. Analizując wciąż na nowo swoje zachowanie doszła do wniosku, że zdradziła się niewątpliwie w momencie, kiedy stanęła przed nim w tej nieszczęsnej zielonej i żałosnej kiecce, a Maciek spojrzał na nią tak mile. Ponieważ myślała wtedy: "Ach, ty kochany, mój kochany!", teraz pewna była, że myśl ta musiała znaleźć jakąś drogę na jej twarz - więcej, że wypisała się tam ogromnymi, jaskrawymi literami, które Maciek odczytał bez trudu. To właśnie - w świetle późniejszych wypadków - było powodem dręczącego wstydu. Ileż to człowiek potrafi sobie wmówić, no zgroza.

"Za cóż go kochać?" (...) Za to, że ma oczy jak kasztany? He - he. Za to, że ma miłe policzki i że tak marszczy te czarne brwi, kiedy jest wzruszony? He - he. Też mi powody. To nie są żadne powody. Kiedy się uśmiecha, twarz mu się zmienia. Z oczu robią się dwa aksamitne przecinki. Czy można kochać człowieka za to, że mu się z oczu robią przecinki? No nie bądź żałosna, dziewczyno. Człowieka kocha się za charakter, za zalety ducha, nieprawdaż, a on co? Egoista. Niedelikatny. Niewrażliwy. I... tego..." - i jakoś nie przychodziło jej do głowy nic więcej w [jego] sprawie. Żeby sobie je wszystkie przypomnieć, postanowiła dokonać w pamięci drobiazgowego przeglądu wszystkich chwil, spędzonych w jego towarzystwie. Nie żeby tam coś, tylko po prostu- tak dla porządku.

Małgorzata Musierowicz, Opium w rosole

[0]


16 maja 2005

Znienawidziłam mój ulubiony do tej pory gatunek filmowy - komedię romantyczną. Muszę z przykrością stwierdzić, że jest ona cholerną utopią, że daje nadzieję na niemożliwe, jest przesłodzona i kleista jak budyń z soczkiem. Żaden mężczyzna, nawet zakochany, nie będzie nigdy prawił frazesów w stylu zrozumiałem, że kocham tylko Ciebie i nie ma dla mnie znaczenia to wszystko, co się dzieje dookoła, bo zwalczę wszystkie przeciwności losu, żeby z Tobą być. Nic w życiu nie dzieje się tak łatwo i tak szybko. Przez dwie godziny filmu on zdąża rzucić swoją okropną, jędzowatą byłą, zakochać się w naszej bohaterce i, jeszcze zanim pojawi się napis the end, poprosić ją o rękę. I żyli długo i szczęśliwie. A co dalej? Przecież oni ledwo się znają, przecież w życiu nigdy nie jest różowo, przecież oczywiste jest to, że albo ona zdradzi jego, albo on ją, w związku z czym zapewne nigdy nie dojdzie do ślubu, bo różnica charakterów będzie zbyt duża, a nawet jeżeli dojdzie, to wątpliwe jest to, czy małżeństwo przetrwa dłużej niż dwa lata. Ale nikt o tym nie myśli, każdy się wzrusza, bo oni tacy piękni, młodzi i romantyczni.
Ja też w to wierzyłam, do momentu, kiedy zorientowałam się, że żaden Książę do mnie nie przyjdzie i nie wsadzi mi na stopę szklanego pantofelka. Życie to nie żadna jebana bajka, panno Magdaleno. Bo nawet kiedy zjawia się ten On, pocałunki w deszczu i słodkie słowa, to zaraz musi wrócić na drugi koniec świata. A kiedy pojawia się następny On, to musi się okazać tym niewłaściwym, który po balu zamiast przeczesać całe królestwo w poszukiwaniu właścicielki, pójdzie na browar i o wszystkim zapomni, a wszystkie spojrzenia brązowych oczu schowa do kieszeni dżinsowych spodni.
Jak to dobrze, że chociaż przez niego nie płakałam. Jak to dobrze, że już mnie nie obchodzi, dlaczego się do mnie nie odzywa, nie pyta co słychać, a ja nie usprawiedliwiam go, że może nie ma naładowanej karty. Nie mam już siły usprawiedliwiać.

Update 17. 05. 2005, godz. 18:14
język polski: 4
język francuski: 4

leżę i kwiczę

[0]


21 maja 2005

Jestem bardzo szczęśliwa - z wczorajszego ustnego francuskiego dostałam 6! Trzeci z pięciu maturalnych kamieni spadł mi z serca, jest już bliżej niż dalej i o wiele lżej. Teraz tylko ustna matematyka i polski, a potem... potem (po Bożym Ciele spędzonym u dziadków) idę w tango, żeby odreagować wszystkie stresy związane ze szkołą i moimi uczuciami, a dodatkowo świętować imieniny. Jestem z siebie dumna i już nie mogę się doczekać tego wszystkiego, na co zasługuję.

Update 22. 05. 2005, godz. 15:10
Och, jak mi się strasznie nie chce uczyć...

[0]


26 maja 2005

Po maturze czułam się jak po przebiegnięciu maratonu, a nawet gorzej. Ale już jest dobrze. Cieszę się śpiewem ptaków, czuję oszałamiająco pachnący bez, łapię każdy promień słońca i wreszcie mam czas tylko dla siebie i swoich myśli, które, czasami bezlitośnie, staram się podsumować i ująć w konkretny kształt. Na szczęście moja mama wpadła na wspaniały pomysł zabrania mnie do dziadków, w oazę spokoju i ciszy, gdzie czas płynie o wiele wolniej, bo ważne jest zupełnie co innego niż w moim codziennym, zabieganym życiu. Patrzyłam na mojego dziadka i nie mogłam uwierzyć, że człowiek w wieku 92 lat może mieć w sobie tyle radości, energii i woli życia. Moja babcia, niewiele młodsza od niego, uszyła sobie ostatnio dwie bluzki i kupiła skórzaną torebkę, zrobiła z okazji moich wyników maturalnych (dodam informację o 4 z matematyki i 3 z polskiego) szarlotkę, a codziennie gotuje obiad dla nich dwojga. Patrzyłam na to wszystko, na życie w małej, spokojnej mieścinie, życie, które płynie tempem tak różnym od mojego i zastanawiałam się, czy mnie kiedyś będzie stać na takie wyciszenie. Mam nadzieję, że tak. Bo na razie biegnę do kosmetyczki, biegnę na kursy, biegnę na imprezę, biegnę, bo dla mnie to jest radość życia.

[0]


Vous
Pisz

Eux

Jakub

Annuszka
Dominik
Joanna
Karolina
Kasia
Klaudia
Marta

Projekt mój
Grafika stąd