6 maja 2006
To się chyba nazywa, że wróciłam.
Może życie ułoży się samo, kiedy przestanę o tym myśleć. Za bardzo się staram, a wiadomo, że im bardziej, tym mniej. Za bardzo lubię analizować, rozkładać na czynniki pierwsze, roztrząsać, rozdrapywać, wciąż powracać, dawać szansę. A tu nagle tyle pracy, tyle teraźniejszości do przeżycia i tyle przyszłości do zaplanowania. Nagle nie ma miejsca na przeszłość i na nadzieję, że jeżeli ja tak mocno, to druga strona automatycznie też. Figę z makiem. Mnie samej nie wystarczy za dwoje, a tym bardziej za więcej.
Majówka była absolutnie fantastyczna. Wiosna w Paryżu ma swoje uroki (kiedy z deszczem chlupiącym w tenisówkach brnę przez dziedziniec Luwru), ale zdecydowanie wolę Brukselę. Są takie miejsca, w których czuje się, że właśnie to jest moje miejsce na ziemi. I tam właśnie jest. Nie wiem, może dlatego, że idąc przez kampus uniwersytecki i śpiewając tattoos of memories and dead skin on trial, for what it's worth, it was worth all the while* myślę sobie, że podświadomie wypatruję mojej wakacyjnej miłości sprzed dwóch lat, mimo że w tym właśnie czasie mieszka ze swoją narzeczoną w Tel Avivie? I to jest mocniejsze ode mnie. I nic nie mogę poradzić. Nawet jeżeli wyobraźnia jest silniejsza od wspomnień.
It's something unpredictable, but in the end it's right.
I hope you had the time of your life.*
11 maja 2006
Aż mnie w środku wzdryga, kiedy myślę o zbliżającej się w tempie jednostajnie przyspieszonym sesji, a z powodu braku jakiejkolwiek regularnej nauki mam ciężkie wyrzuty sumienia, które nie dają mi spać. Dobrze chociaż, że pogoda jest absolutnie cudowna i wreszcie kwitnie bez. Chociaż z drugiej strony czasem wolałabym, żeby za oknem nie było tak wspaniale, bo może mniej chciałoby mi się wychodzić i podziwiać.
Kiedy wreszcie bez skrępowania mogę pisać o sobie, wszelkich swoich wątpliwościach, porywach i relacjach, to nie ma o czym. Dosłownie: pusto.
12 maja 2006
Zdecydowanie wolę być piękna sama dla siebie niż dla kogoś. Wobec tego, jako że aktualnie mocno staram się nie zakochać (co, zważywszy na fakt, iż w zasięgu wzroku nie ma nic interesującego, wcale nie jest takie trudne, jak by się mogło wydawać), stworzyłam sobie plan przedwakacyjnej doskonałości: krzaki nad oczami wreszcie wyrównane, bo zaczynałam wyglądać jak Frida. Maseczka oczyszczająca zaaplikowana. Włosy czyściutkie i lśniące czekają na czerwcowego fryzjera. Rakieta do cotygodniowego, niedzielnego, dwugodzinnego tenisa zakupiona razem z piłkami (prezent na imieniny). Koła w rowerze napompowane. Zapał do robienia brzuszków i przysiadów jak nigdy. A teraz idę osiągnąć gładkość nóg (I'm your Venus, I'm your fire, oh, desire... jako rzecze reklama), zadowalający stan paznoksci u rąk, odkurzyć adidasy (tak, tak, styl ubierania też staram się zmienić na bardziej klasyczny) i wsiąść na moje dwa kółka. Tyłek będzie bolał, to pewne, ale trzymajcie za mnie kciuki.
19 maja 2006
We wtorek, kiedy nic jeszcze nie zapowiadało totalnej, absolutnej i głębokiej środowej depresji, napisałam zielonym flamastrem na odwrocie materiałów do pisania wypracowania z angielskiego te słowa:
Zbliżam się do 21. urodzin. Właśnie jestem po jednym nieszczęśliwym zakochaniu (chociaż w rozmowie z koleżanką wynikło, że wcale Ci nie przeszedł, skoro już 2 razy zrobiłaś do niego aluzję, ale staram się), przed kolejnym (nie wiem gdzie, kiedy i w kim, ale wiem, że na pewno), czyli w antrakcie. Mam problemy z cerą, niczym rasowa dwunastka, chcę schudnąć ze 2 kilogramy, ale mi to nie wychodzi, bo za bardzo kocham jeść niezdrowe rzeczy, ale staram się być aktywna. Jestem niekonsekwentna, niezdyscyplinowana i leniwa. Studia, o których marzyłam przez 3 lata, nie dają mi satysfakcji ani motywacji do nauki, a jedyne, czego się na nich uczę, to ogromne listy słówek. Paznokcie mi się łamią, mam za długie palce (wszystkie 20), za grube włosy, za małe piersi i za krótkie rzęsy. Jestem za wysoka i mało jest mężczyzn, którzy by mi dorastali do pięt. Ciągle szukam, mam 1000 pomysłów na minutę i słomiany zapał, ale JESTEM SZCZĘŚLIWA. Bóg jedyny wie, dlaczego
Już następnego dnia wieczorem, kiedy płakałam w poduszkę, okazało się, jak bardzo 2 ostatnie zdania były nieprawdziwe. Ale powoli mi przechodzi. Staram się małymi korczkami iść coraz wyżej i dalej, a sesja też jakoś pójdzie, lepiej czy gorzej, ale zawsze jakoś będzie.
To był długi tydzień. Dobrze, że już się kończy.
20 maja 2006
Spotkana przypadkiem na kampusie koleżanka z podstawówki niewinnym pytaniem Magda, powiedz mi, dużo się nauczyłaś w tym roku? kazała mi zdać sobie sprawę, że jeżeli nie stoję w miejscu, to się cofam. Studia wyższe miały rozwijać i zmuszać do dojrzewania, a ja czuję, że w środku mam totalny zastój. Dlatego dzisiaj właśnie w celu zaleczenia wyrzutów sumienia wybrałam się na 51. targi książki, które zresztą, oprócz zeszłorocznego roku maturalnego, na stałe wpisały się w mój napięty harmonogram, bo po prostu lubię tą atmosferę. Jeszcze przed wyjściem z domu, z biblioteki taty wyciągnęłam Żydówkę z Toledo, żeby wreszcie nie siedzieć bezczynnie podczas długich tras, jakie pokonuję środkami komunikacji miejskiej. Wyciągnęłam, zaczytałam się i wreszcie poczułam to, co od dawna nie było moim udziałem, bo albo sobie wmawiałam, albo po prostu nie miałam czasu i ochoty na ambitne czytanie: magię słowa pisanego. Muszę iść dalej, wyżej, ambitniej, bo inaczej jak nic czeka mnie ołowiane oko. A wracając do tematu targów, jako bezwzględna i gorąca miłośniczka twórczości Vincenta VanGogha, zakupiłam sobie dawno już pożądaną Pasję życia Irvinga Stone'a oraz (bo dawanie komuś sprawia mi większą frajdę niż dawanie sobie) Lapidaria Kapuścińskiego dla taty. Dodatkowo nie mogłam się oprzeć małej, ale interesująco napisanej książeczce autora tego bloga, czyli moja dusza niezmordowanej internautki, ekshibicjonistki i podglądaczki znowu we mnie zwyciężyła. A już całkiem na koniec, jako że od czwartku jestem szczęśliwie przestrzeloną posiadaczką dwóch dziur więcej (po raz trzeci w życiu, więc może zapiszę się do klubu weteranów tego sportu?), uległam pokusie zakupu cudownych srebrnych kolczyków z motylkami. Ach, mądrze wydane pieniądze to zdecydowanie dużo więcej dobrego humoru na koncie.
23 maja 2006
Wywołałam zdjęcia z Paryża. Podobałyby mi się: 1. gdyby mój kolor włosów nie był zdecydowanie za ciemny (powoli się zmywa), 2. gdybym nie była o wieczne 2 kilogramy za gruba (nie, nie umiem chudnąć), 3. gdybym razem z całą swoją rodzinką nie wyglądała ze zmęczenia jak żądna krwi włoska mafia (to był teoretycznie wyjazd wypoczynkowy).
Aaaa, nie mogę, nie mogę, nie mogę myśleć o sesji. Brrr.
24 maja 2006
Na przystanku. Słucham muzyki. Patrzę. Przystojny. Dobrze ubrany - stylowo, klasycznie. Ale pewnie kogoś ma. Ma grono? Numer gg? Telefon komórkowy? Spojrzy? Spojrzał tylko raz. Skubany. No przecież wiem, że dobrze wyglądam. Co jest nie tak? Uparty? Nie, to nie. Wsiadam do autobusu. Oglądam się, patrzę jeszcze na przystanek. Odprowadził mnie wzrokiem. No.
W autobusie. Stoję zmęczona, oparta rękoma o górną barierkę, czekam na odjazd, bo to pętla. Spoglądam na przystanek. Napotykam oczy. Spuszczam wzrok. Autobus podjeżdża metr. Podnoszę wzrok - widzę go do połowy, zasłoniętego przez wiatę. Ciągle patrzy na mnie zmęczoną. Dlaczego?
Na jodze. Może być. Spojrzał kilka razy. O, ma kolczyk w wardze. Ciekawe, jak się całuje faceta z kolczykiem w wardze? Poczeka na mnie po wyjściu? Nie poczekał. Aaa.
W środku. Takie dziwne coś. Uczucie niedokończenia, tęsknoty, zdesperowania, napalenia, potrzeby czegoś. Normalnie padaka. Bez kitu.
25 maja 2006
(21:06:18) On:
i think about you a lot.....
(21:06:23) On:
and miss you
(21:06:26) M:
I think about you, too
(21:06:44) M:
sometimes I think that my imagination is stronger than my memories
(21:06:58) On:
what do you mean?
(21:07:23) M:
that so much happened since then that I start to forget
(21:08:10) On:
oh, i know that i won't forget
(21:08:33) M:
I just sometimes worry too much about everything
(21:08:40) On:
and i don't think that you'll forget either
(21:08:41) M:
and think too much
(21:09:04) M:
it's like: do I forget? or not? blablabla...
(21:09:05) On:
emotions make people's memory very clear
(21:09:31) On:
and there have been emotions involved
(21:10:01) M:
but how do you think about it? you have Maya and she should have all your emotions - that's what I think
(21:12:13) On:
of course, but i still have my previous life, and my past emotional memories
(21:13:01) Magda:
that's true. but I sometimes wonder if she isn't jealous about what and how you write to me
(21:14:44) On:
and its very legitimate, by her and when i think about it by my self
(21:21:01) On:
you're lovely......
(21:21:03) M:
good night
(21:21:15) M:
you make me smile
(21:21:17) On:
thanks for being so nice to me.....
(21:21:36) On:
i really like you as more as i get to know you....
(21:22:02) M:
don't fall in love with me :P
(21:22:13) On:
(blush)
(21:22:28) On:
i'll write soon, promise
(21:22:40) M:
it would be unbelievably stupid of you :P
(21:22:42) On:
bye bye for the moment
(21:22:44) M:
ok
(21:22:47) M:
bye
Bye.
29 maja 2006
Kiedy się obudziłam, nad moją głowa szumiało, gwizdało i świszczało, a w pokoju panował arktyczny mróz. Dlaczego pogoda musi być tak parszywa właśnie w dniu moich imienin? W tym wymiarze dylemat "w co się ubrać" nabiera nowego znaczenia. Idę przekopać szafki.
29 maja 2006
Z dziennika pokładowego:
Kiedy wyszłam z klatki dzielnie przytrzymałam się framugi, więc nie zwiało mnie, ani nie zmyło i jakoś dotarłam na uczelnię, której też jakimś cudem nie zalało (a szkoda). Za to zrobiłam sobie wagary i mimo że zamierzam jeszcze dziś wrócić do przybytku wiedzy, to jakoś tak mi lepiej. Może dlatego, że koleżanka z italianistyki powiedziała mi, że rzuciła studia. Ona miała odwagę! I dlatego od dzisiaj jest moją idolką. Trzyma mnie przy życiu fakt, że jak zawalę sesję i się mnie stamtąd pozbędą, to tragedii nie będzie, a może wręcz przeciwnie? Tyle jest innych pomysłów na życie...
A tak już całkiem na marginesie: po raz kolejny potwierdziła się moja teoria, że podobam się tylko staruchom i pijakom. Żesz w mordę, no, nie lubię, kiedy takich dwóch na ścieżce do mojego osiedla prosi mnie o ogień, a w odpowiedzi na to, że nie palę, słyszę "a szkoda". Nie sądzę, panowie, nie sądzę.
30 maja 2006
Zatkało mi nos i zanosi się na to, że niedługo zatka mi mózg. Jestem zmęczona, a to chyba dlatego, że przez pół nocy esemesowałam z kolegą, który próbował mnie pocieszyć w materii zaliczonej sesji. A figę! Nie udało się, a dodatkowo ledwo widzę na oczy i mam do napisania 2 wypacowania. Na tym narzekanie się kończy.
Nie wiem, czy już kiedyś o tym pisałam, ale denerwuje mnie, kiedy facet nie ma swojego zdania, nie jest silny i stanowczy. Być może natchnął mnie do tego dodatkowo felieton mojej przyjaciółki o metroseksualnych. Mężczyzna musi być mężczyzną. Kiedy proponuje spotkanie, oczekuję, że to on zaproponuje datę, miejsce i godzinę, a ja łaskawie sprawdzę, czy w moim napiętym grafiku akurat wtedy będzie wolne miejsce. Kiedy jest do podjęcia jakaś decyzja, to od niego ma wyjść stanowcze zdanie, nawet jeżeli w rezultacie ja i tak postawię na swoim. Czasami telepie mi się gdzieś po głowie marzenie bycia pokierowaną przez kogoś, nakierowaną na konkretny szlak, oblaną kubłem zimnej wody i potrząśniętą, kiedy trzeba. Telepie się bez skutku, bo Ci, którzy byliby w stanie spełnić te warunki, dysponując przy okazji pokaźnym intelektem i takowąż klatą, to gatunek na wymarciu. No i znowu nie wyszło mi optymistycznie. A takie ładne słońce świeci!
31 maja 2006
Mam 20 lat i nie umiem gotować. Problem jest na tyle duży, że kiedy jadąc autobusem otrzymuję telefon z informacją, że w domu nie ma absolutnie nic, co nadawałoby się do konsumpcji i ląduję w supermarkecie, do wyboru mam: wszystkie mrożonki, na których jest instrukcja obsługi, jajka (na miękko lub na twardo) i produkty do robienia kanapek. Popić bym miała czym, bo wodę na herbatę umiem zagotować, ewentualnie nalać sobie soku też (z tym, że nie kupiłam soku). Jak ja przeżyję jako stara panna? Umrę z głodu i koty mnie zjedzą, brrr.