To się chyba nazywa, że wróciłam.
Może życie ułoży się samo, kiedy przestanę o tym myśleć. Za bardzo się staram, a wiadomo, że im bardziej, tym mniej. Za bardzo lubię analizować, rozkładać na czynniki pierwsze, roztrząsać, rozdrapywać, wciąż powracać, dawać szansę. A tu nagle tyle pracy, tyle teraźniejszości do przeżycia i tyle przyszłości do zaplanowania. Nagle nie ma miejsca na przeszłość i na nadzieję, że jeżeli ja tak mocno, to druga strona automatycznie też. Figę z makiem. Mnie samej nie wystarczy za dwoje, a tym bardziej za więcej.
Majówka była absolutnie fantastyczna. Wiosna w Paryżu ma swoje uroki (kiedy z deszczem chlupiącym w tenisówkach brnę przez dziedziniec Luwru), ale zdecydowanie wolę Brukselę. Są takie miejsca, w których czuje się, że właśnie to jest moje miejsce na ziemi. I tam właśnie jest. Nie wiem, może dlatego, że idąc przez kampus uniwersytecki i śpiewając tattoos of memories and dead skin on trial, for what it's worth, it was worth all the while* myślę sobie, że podświadomie wypatruję mojej wakacyjnej miłości sprzed dwóch lat, mimo że w tym właśnie czasie mieszka ze swoją narzeczoną w Tel Avivie? I to jest mocniejsze ode mnie. I nic nie mogę poradzić. Nawet jeżeli wyobraźnia jest silniejsza od wspomnień.
It's something unpredictable, but in the end it's right.
I hope you had the time of your life.*
*Green Day, Good riddance
assez 09.05.2006 :: 15:00 Wybacz, ale w trakcie zmiany szablonu zaginęły mi linki i jestem w trakcie odtwarzania :)
Już, już dodaję, oczywiście! :*
A co do Tel Avivu... mi się na szczęście kojarzy tylko dobrze i marzę o podróży w tamte strony... 212.76.37.138
|
kacha 08.05.2006 :: 22:40 ... nareszcie jestes :) :*
... tel aviv...? te klimaty odstraszaja mnie pod wzg... stosunkow. jakichkolwiek. to przez traumatyczne wspomnienia z przed 5 czy 6 chyba lat z londynu.
... no foch w ogole. nie ma mnie w linkach. 82.139.13.227
|