1 lipca 2005
To wspaniałe uczucie jechać w słońcu, w lekkim wietrze, z rozwianym włosem (brakuje w nich tylko kwiatów) na rowerze, nucić Ain't no mountain high enough z filmu Sister Act 2: Back in the Habit, u nas znanego bardziej jako Zakonnica w przebraniu 2 i zobaczyć samochód pełen zakonnic. Banalne stwierdzenie, że życie jest piękne, nie pasuje mi to za bardzo, ale inne nie przychodzi mi do głowy.
8 lipca 2005
Przeniosłam całe archiwum (tak, przywiązałam się do kawałka duszy, który wsadziłam w tamto miejsce) i powoli zadomawiam się w nowym miejscu.
Mam pracę na stanowisku uroczej pani telemarketer. Czeka mnie teraz podpisanie umowy i trzydniowe szkolenie, a potem pierwsze w życiu odpowiedzialne, związane z zarobkiem, poważne zajęcie. Będę miała przynajmniej w co ręce włożyć, bo jak nie mam, to kończy się na tym, że esemesuję z Cyprem i odkrywam, że jednak tęsknię za człowiekiem, którego tak usilnie chciałam i chcę wyrzucić ze swojego serca. A w momentach odpoczynku od myśli o Cyprze, myślę o nadchodzącym mailu z Izraela. Czyżbym była obywatelką świata bez udziału własnej woli, za to z wielkim udziałem serca?
12 lipca 2005
Nie mam czasu myśleć, nie mam czasu czuć, tęsknić, zakochiwać się lub zadurzać. Nie mam kiedy, nie mam w kim. Latam jak kot z pęcherzem, podpisuję umowę o pracę i zakładam konto w banku, czyli wychodzi na to, że powoli robię się dorosła. Zakwalifikowałam się do egzaminów ustnych na lingwistykę stosowaną i modlę się o cud, staram się wierzyć w swoje siły. Słońce daje mi życie i optymizm. Chcę, żeby było już po 20 lipca, żebym już wszystko wiedziała, wszystko znała i mogła się spokojnie odmóżdżać w promieniach nadwiślańskiego słońca. Wiem, że musi być dobrze, tak jest i tak będzie. Bez względu na wszystko.
19 lipca 2005
Jestem studentką. Poważną, aczkolwiek zrezygnowałam z pracy na rzecz lenistwa i błogostanu, który jeszcze nie nadszedł. Bo ja nie jestem studentką tego, co chcę i na tym polega paradoks. Cieszę się, że dziennie i że na renomowanej uczelni, ale to, co właściwe, rozegra się jutro. Mam 20 minut na taką grę aktorską, jakiej jeszcze nigdy nie miałam okzaji u siebie zaobserwować. 20 minut przed obcymi ludźmi, aby się zaprezentować i udowodnić, że jestem godna indeksu na lingwistyce stosowanej. Z jednej strony staram się myśleć, że idę po swoje i zdobędę to, czego chcę, ale z drugiej bardzo się boję. Nikt mnie nie potrzyma w tym czasie za rękę, nie spojrzy ciepło, nie upewni o wartości moich racji.
Jeżeli chodzi o sferę uczuć, ostatnio jeden w niej wielki burdel. Doszłam do fatalnego wniosku, że faceci mają jendak nasrane we łbach i o ile stwierdzenie to nie jest to za grosz romantyczne, to w pełni obrazuje rzeczywistość podawaną mi ostatnio na tacy. Poczułam się jak zabawka w pewnych rękach i trochę mi się przykro zrobiło. Ale nic to. Jak zwykle będę udawać, że nic się nie stało.
26 lipca 2005
Oficjalnie, albo pół-oficjalnie (bo papiery przeniosę z romanistyki po 29 lipca) jestem studentką lingwistyki stosowanej na Uniwersytecie Warszawskim. Wobec tego czeka mnie 5 lat w uroczym baraku na ulicy Browarnej, szumnie zwanym Instytutem Lingwistyki Stosowanej (ILSem, co szybko wymawiane brzmi mniej więcej jak jeles). Dobrze mi z tym, bo marzyłam o tym baraku od kilku lat. Co z tego, że korytarze są tak wąskie, że dotykam ścian i sufitu obiema rękami na raz, a w salach nie ma okien. Ja będę tłumaczką. O.
Dobrze mi w ogóle ostatnio, błogo i bezpiecznie. Zachłysnęłam się. Jest coś z wzajemnością, ale nie nazwę tego jeszcze zakochaniem. Chemia, iskry, magia lata, imprezy i mulastego spaceru na starówce, wspólne gubienie wątków i koszmarne braki jakiejkolwiek pointy ze zmęczenia. Przystanek autobusowy, czyli deja-vu, ale On tym razem wróci. On jest tu, obok, a nie tam, na drugim końcu świata. Najpiękniejsze jest to, że poznam ciąg dalszy. To może się wydawać dziwne, ale dla mnie to priorytet. Żadnych odległości. Tu, teraz, dzisiaj. Nie ma jutro, tam, kiedyś. Nareszcie.
29 lipca 2005
Bo ja, kurwa, pasji nie mam. Sam sobie hoduj patyczaki. Albo lepiej - znajdź sobie Fridę, to będziesz miał i pasję, i melony.
Wykorzystana jak zabawka, zachłysnęłam się tak, że na chwilę straciłam oddech. Ale czynności życiowe zachowane i już prawie zapomniałam, bo amnezja dobra jest.
Zostałam oszukana, zwiedziona, uwiedziona i zostawiona. Wystarczył weekend, dwie imprezy, a w życiu jeden wielki burdel. Faceci mają nasrane we łbach i nic nie zmieni mojego zdania. No, chyba, że jest to UK guy, kolega z kursów w Brukseli, którego dziś spotkałam, i który, jak zawsze, ma zdrowe, angielskie poczucie humoru. A teraz, płynąc na fali szczerości, na jaką w życiu mnie nie było stać, a jaką wreszcie nauczyłam się prezentować, w obliczu rażącej dawki ściemy z męskiej strony, spotkam się z półrocznym powodem zauroczenia, żeby wreszcie odbyć szczerą rozmowę i wypić za moje studia, Twoją maturę i miłość romantyczną, która co prawda nie istnieje, ale dzięki której zdasz.
A dzisiaj zapominam wszystko. Idę na koncert Ja Rule'a, który supportują Sistars i mam nadzieję, że usłyszę a teraz, kiedy prawda wyszła na jaw, zbieraj swe zabawki, raz, i wypierdalaj jak najdalej stąd, widzisz ziom, tyle Cię widzieli, acha... o tak.