2 lipca 2006
Teraz właśnie nadszedł ten czas, kiedy robię to, co odkładałam na później, czyli później to teraz. Rozpustnik jest fenomenalny, mistrzowski i genialny w swej prostocie i kunszcie gry aktorskiej Johnny Depp'a. Swoją drogą to znamienne, jak bardzo musieli go oszpecić, żeby przestał być przystojny.
A potem było tak, z piwem, Wisłą i komarami w tle:
Pierwsze spotkanie: Mój kochany, dwudziestoletni dzieciak. Przepychamy się na ulicy, śmiejemy, gadamy o wszystkim i o niczym, bo nic tak dobrze nie działa na przyjaźń damsko-męską jak świadomość, że się kiedyś było w tej osobie zakochaną i Ci przeszło. Na naszą korzyść działają też przetańczone i przeprzytulane 2 studniówki. Wobec tego teraz, kiedy on nie może mnie przytulić bo mu dziewczyna zabroniła, doskonale działającym (zresztą jak na wszystko) argumentem jest spierdalaj. Chudy jest przeraźliwie, więc przelewa mi się przez ręce.
Drugie spotkanie: Jestem grzeczną, poprawną, nie prowokującą dziewczynką, a może po prostu za mało chcę, a on jest za mało zdeterminowany, a może jeszcze być, że oba naraz. Rozmawiamy, spacerujemy i nic się nie dzieje. Jest dobrze, jest dobrze. Tylko pytanie brzmi, skąd teksty typu Jedź ze mną na Solar, Chodź ze mną na jutrzejszą imprezę? Odmawiam, bo nie wiem, o co chodzi.
Trzecie spotkanie: Nastąpi. Kiedyś. Z patykiem w tle.
4 lipca 2006
Siedzę i myślę sobie, że tyle bym mogła dobrego uczynić, zamiast siedzieć na dupsku cały boży dzień i uskuteczniać niekonstruktywne konwersacje z jedną osobą, a dla odmiany grać w scrabble. Mogłabym, ale mi się nie chce. Tak samo, jak nie chce mi się uczyć do wrześniowej poprawki z angielskiej gramatyki opisowej, bo żeby osiągnąć cokolwiek powinnam zacząć już teraz, jako że nie ma mnie tu poza trzema tygodniami. Pies patrzy na mnie z wyrzutem, że tak rzadko z nim wychodzę, mama patrzy na mnie z wyrzutem, że tak długo siedzę przy komputerze, ja patrzę na siebie z wyrzutem, że tak długo śpię, a i tak jestem zmęczona. Pouczającej pointy nie będzie.
5 lipca 2006
Pisząc to ledwo patrzę na oczy, ale muszę. Muszę, bo jutro to już nie będzie to samo, wyleci z mojej głowy jak milion innych ważnych myśli. Teraz ja czytam cudze wspomnienia, czasem głupio uśmiechając się do ekranu, czasem szeroko otwierając oczy, czasem ze smutkiem. I chociaż nie zawsze wszystko rozumiem, to rozumiem tyle, ile trzeba, a i tak mam wrażenie, że za dużo wiem.
Moja Nokia pokazuje godzinę 00:46, normalnie o tej porze śpię, ale nie dzisiaj. Gdzieś tam Niemcy płaczą, Włosi się śmieją, a moja przyjaciółka znowu myśli o swojej miłości na odległość. A ja biorę zimny prysznic, wstawiam talerze do zmywarki, głaszczę psa. Jaki tu spokój, jaka tu cisza, jaka tu błogość. To był dobry dzień.
7 lipca 2006
Słońce i woda. Co prawda słońce nasze, stołeczne, centralne, a woda z chlorem, taka basenowa, ale dziś nic nie powstrzymało mnie przed kąpielą w jednym i drugim. Zabrałam kostium, ręcznik, odpowiedni filtr, uśmiech numer 5 i skutecznie przeobrażałam się w seksualną czekoladę. Dało mi to na tyle dużo dobrego humoru i pozytywnej energii, żeby mieć ochotę na to samo jutro.
Zimne prysznice to teraz moja główna rozrywka, skoro nikt mi nie chce wylać wiadra zimnej wody na głowę. Telewizor właśnie powiedział, że w Afryce jest taka sama pogoda, jak u nas. Jakież to pocieszające.
10 lipca 2006
Czekam na maila zza wielkiej wody, ale ten, który ma go napisać, wciąż nie ma czasu. Paradoksalnie, ja mam wciąż tego czasu za dużo. Przypadkiem przekopawszy całą swoją biurkową makulaturę, znalazłam pewien opis, napisany w totalnym natchnieniu na warsztaty pisarskie. Śmieszne - nie pamiętam błędów, które w nim zrobiłam, ani komentarzy nauczycielki. Pamiętam za to doskonale, zbyt doskonale uczucia towarzyszące pisaniu, cichy szum drukarki i moją zadumę nad przyszłością tej relacji. Teraz on jest w Kazachstanie zamiast 700 metrów ode mnie, wszystko już zapomniał, zgniótł jak nieudany projekt i wrzucił do kosza, a ja wciąż za często o tym myślę, stojąc w przeciągu czuję jego zapach, stojąc na przystanku widzę jego sylwetkę. Pamiętam, więc daję sobie prawo do rozpamiętywania szczegółów, momentów, chwil, muśnięć, dotknięć, urwanych zdań i niedopowiedzianych myśli, z których w końcu się rozmyślił. Rozsmakowuję się w tych wspomnieniach, bo z perspektywy czasu są miłe, mimo że wszystko skończyło się takim rozczarowaniem. Jeżeli nadzieja matką głupich to jestem (przynajmniej wtedy byłam) skończoną idiotką i ten strzępek papieru, który leży teraz przede mną, jest tego wybitnym przykładem.
Et pourtant, c'était mon ami du lycée, mon amour platonique, longtemps caché, longtemps rejeté. Et maintenant, quand je lui ai dit "Bojnour", quand il a effleuré ma joue de ses lèvres, quand j'ai senti son parfum délicat, tout est revenu. Et c'était juste le début d'une rencontre extraordinaire...*
13 lipca 2006
Opalam się, latam po mieście, walczę z urzędami, robię tłumaczenia (dziękuję), piję zimną herbatę z cytryną i doprawdy, to lato zaczyna się robić pracowite w pozytywnym tego słowa znaczeniu. A mając w perspektywie przeczytanie Histoire de la France de Vercingetorix a Charles de Gaulle na teścik z kulturówki francuskiej w pierwszym tygodniu nauki i naukę opisówki angielskiej na poprawkę, która odbędzie się ciut wcześniej, napewno nie będę się nudzić. A to dobrze, bo zapracowany człowiek, to niezastanawiający się człowiek, który ma wszystko poukładane. Czyli tak jakby... nie ja.
Apdejt - 14. 07. 2006, godz. 10:11
Moje dwudziestoletnie dziecko zdało wreszcie maturę. Nic mnie tak ostatnimi czasy nie uszczęśliwiło, nawet perspektywa jutrzejszego wyjazdu nad morze. Jadę nałapać słońca, jodu, soli i radości życia. Już słyszę szum fal.
24 lipca 2006
Wróciłam opalona, trochę zirytowana, ale w sumie wypoczęta (chociaż najgorsze jest, że przytyta). Teraz siedzę w swojej Centrali przez tydzień, przeprowadzam babcię, kombinuję, jak tu przestać być asocjalną i przejmuję tym, co się dzieje w Izraelu, bo serce mnie boli, jak oglądam wiadomości. Tak, nie miała baba kłopotu, to sobie znalazła...
26 lipca 2006
W przeddzień pierwszej rocznicy śmierci mojego dziadka.
Tribute to...
Moja babcia jest dobrocią, jest wojną i wędrówką z Wileńszczyzny do wyzwolonej Polski, jest szczodrością i miłością, jest kaszką, naleśnikami ze śmietaną i cukrem jedzonymi palcami, plackami ziemniaczanymi i pomidorami ze śmietaną. Jest całym moim dzieciństwem - piachem z piaskownicy wysypywanym z butów na klatce schodowej, piszczącymi huśtawkami, lizakami, batonami Kukuruku i robionym w huście zawieszonej na kranie serem. Jest też moja babcia, mama mojej mamy, szydełkiem i drutami, starą maszyną do szycia Singera, dwoma lalkami, które mrugały i mówiły i wózkiem, kompotem truskawkowym i ogórkiem kiszonym. A dzisiaj jest starszą kobietą, trzema koronkowymi halkami (które chce wyrzucić, ale ja zabieram, żeby ocalić choć trochę przeszłości), staromodnymi piżamami, moim wspomnieniem, moją łzą, kiedy to piszę. Czas minął tak szybko, a ja nie mogę uwierzyć, że nie jestem już małą dziewczynką, która jedzie na wakacje do małej dziury, do Z. na miesiąc do babci, tylko kobietą, która pomaga samotnej od roku starszej pani dołączyć do odległej o 200 km rodziny. Znów wędruje, znów przeżywa, znów jestem jej potrzebna, ale tym razem z nas dwóch to nie ja mam prawo być zagubionym dzieckiem...
29 lipca 2006
Z rodziną wychodzi się dobrze... na zdjęciach. Powiedzenie nie wzięło się znikąd, a i ja ostatnio doświadczyłam go aż nazbyt boleśnie. Ile razy, pytam, ile mogę być obsobaczona za coś, czego nie zrobiłam, czego nie powiedziałam, nie pomyślałam, co więcej (nie przesadzam): za dobre serce? Za to, że za szybko chodzę, za depresję kuzynki, za zły klimat nad morzem, za pęknięte i zepsute jajko - tyle moich łez ile wściekłych słów mojej ciotki. Kiedyś napisałam, że można nadużywać słowa "przepraszam" i wciąż się tego trzymam, ale dodaję: "przepraszam" do czasu następnego incydentu tego samego rodzaju traci swoje znaczenie. "Przepraszam" bez pozytywnych konsekwencji nie ma sensu. "Przepraszam", które każe milczeć, tak, żeby nikt inny się nie dowiedział, że cierpiałam - nie liczy się. Ja nie umiem milczeć, wyrzucam z siebie wszystko, co czuję i musiało się to skończyć tak, jak się skończyło – nie jadę do Brukseli. Kocham to miasto, kocham to miejsce, a w tym roku mogłoby być cudownie. Ale nie będzie, bo mój stres i mój strach przed kolejnym zranieniem jest większy niż cena, którą musiałabym zapłacić za wakacje tam.
Teraz jadę do Grecji, kąpać się w słońcu, gapić na Greków i zapominać o tym, co złe. Ale nie o tym, że załagodzona sytuacja jest tylko ciszą przed kolejną burzą.